couple-407150_1280

W pięciu punktach.

[tekst dla ludzi dojrzałych emocjonalnie]

Seks jest zły? Wątpię. Nie mam też przekonania co do tego, że kobiety powinny chodzić zakamuflowane w hidżab, aby nie wzbudzać pożądania czy nie pokazywać kolan (które o dziwo dla niektórych katolików są bardzo seksowne!). Nie wiem, czy dobrze jest mówić o seksualności jedynie na drodze nakazów i zakazów. To nie budzi wolności, a jedynie lęk.

Nie lubię też popadania w skrajności. Jedni sprowadzają seksualność do wstrzemięźliwości, drudzy do zezwierzęcenia, instynktu. Nie opowiem się po żadnej ze stron, bo prawda leży gdzieś po środku. Człowiek jest całością, a nie jedynie duchem, więc tak należy na niego patrzeć. Nie oszukujmy się – nawet ultra-katolik na widok pięknego ciała „jakoś” zareaguje, nie tylko duchowo. To samo w sobie nie jest złe, pytanie co zrobi z tym dalej.

Nie jestem za tym, żeby próbować wszystkiego, ze wszystkimi i wszędzie. Jednak uciekanie od własnej seksualności, co jest częstszym przypadkiem wśród katolików, też nie jest dobre. Wiele osób patrzy właśnie tak: jesteś wierzący – jesteś aseksualny, jakby to stanowiło dla siebie synonim, a nie powinno. Nie dziwię się jednak, jeśli np. rady dla początkujących par to: pierwszy pocałunek dopiero po zaręczynach czy ślubie (link dla niewierzących, że takie coś jest), a dla małżeństw, że seks służy jedynie do robienia dzieci.

Przez to, że katolicka seksualność jest zazwyczaj opatrzona pytaniem: księże, a czy to jeszcze wolno, czy to już jest grzech?, chciałbym obalić kilka mitów, bo wierzący ma być gorący, nie tylko w kościele. Poniższe punkty to jednak odpowiedź na pytanie: jak zabić seksualność po katolicku? Oto ona:

  1. Pokazać, że ciało jest grzeszne

W stosunku do swojego chłopaka odczuwam namiętność. Zaczynam odczuwać potrzeby seksualne. Zaczynam pragnąć swojej dziewczyny, nie tylko duchowo. – i co teraz? Nic. To znak, że jesteś zdrowym człowiekiem.

Nie każde podniecenie musi prowadzić do grzechu. Nie każda potrzeba musi być całkowicie zrealizowana. A namiętność? To znak, że w związku wszystko idzie w dobrym kierunku. Gorzej, gdyby było odwrotnie.

Nie rozumiem trochę tej obawy o biologię. Że ciało reaguje. Że psychika reaguje. Że dusza reaguje. Kiedy poznajemy głębiej drugą osobę, to naturalne, że człowiek pragnie całkowitej jedności, także na płaszczyźnie fizycznej. Gdy poprzez spotkania i rozmowy, dwoje ludzi zaczyna psychicznie oraz duchowo do siebie przylegać, tak samo ciało domaga się tego.

Zazwyczaj księża radzą, że w chwili namiętności lepiej odpuścić. Ja powiem tak – każdy wie najlepiej, czy przekroczy daną granicę, więc jeśli jest w stanie świadomie przeżyć daną chwilę, nie stanie się mu nic złego. Człowiek ciągle uczy się kontroli nad swoim organizmem i go poznaje. Jeśli teraz nauczy się mówić „stop”, to i w małżeństwie nie będzie sfrustrowany, kiedy druga strona powie „nie dzisiaj, kochanie”. A jeśli upadnie… cóż, uczymy się na błędach.

Poczucie winy, które rodzi się w chwilach namiętności (bez oczywistego grzechu) często nie wynika z niego samego, a z tego co usłyszało się na ambonach albo z obrazu Boga. Gdzie fizyczność zostaje włożona do tabelki i opatrzona pieczęcią, tam nie ma miejsca na wolność. Granice są ważne, ale nie najważniejsze.

  1. Seks małżeński tylko w celach prokreacji

Problemem nie jest to, że mówi się o celu, jakim jest dziecko. To wartościowa myśl. Jednak w pozostałych kwestiach, jaką jest pogłębienie bliskości, wartości czy sprawienie przyjemności drugiej osobie, nie mówi się za wiele lub nic. Wystarczyłoby inaczej rozłożyć akcenty, by na nowo odkryć piękno małżeństwa.

Bliskość
Jeśli sprowadzić seks wyłącznie do poczęcia życia, nie różnimy się niczym od zwierząt (poza świadomym przeżywaniem przyjemności). Jednak co nas wyróżnia to to, że możemy budować bliskie relacje, także za pomocą dotyku, fizyczności. Żeby pozwolić komuś się zbliżyć, trzeba naprawdę zaufać, że druga osoba Cię nie skrzywdzi i nie porzuci. To wymaga odwagi i zrozumienia, że bez tego nie można zbudować głębokiej relacji. Człowiek, który ma problem z bliskością, najczęściej ma problem z zaufaniem.

Przyjemność
Zdarza się też tak, że małżeństwa wyobrażają sobie Boga jako tego, który wisi nad łóżkiem i martwi się, kiedy widzi to, co w nim wyprawiają – przecież to nie jest pozycja misjonarska. Bóg, który każe za jeden wytrysk za dużo, za orgazm nierównoczesny, za niegodną pozycję, za dni płodne, za namiętność, za biologię – to Jego obraz na forach katolickich, kiedy chodzi o seks (na szczęście nie jedyny). Takie coś to najprostsza droga do tego, aby zacząć żyć w ciągłym lęku i sprowadzić Boga do roli materaca. Nie chodzi o to, żeby się nie pytać i nie przejmować, ale nie czynić z tego swojego bożka.

  1. Atrakcyjna jest tylko dusza

M. napisała mi, że czasem facet, zamiast recytować Pieśń nad pieśniami, powinien zamknąć się i przytulić swoją kobietę.

Piękne słowa, romantyczne kolacje, wspomnienia, których pozazdrościć mogą wszystkie przyjaciółki, ale… coś jest nie tak. Kiedy facet nie wie, że to nie słowa, a czyny są weryfikatorem tego, jak bardzo kochamy drugą osobę (słowa tylko o tym zapewniają), po jakimś czasie nie znajduje uznania w oczach kobiety. Zamiast być dla niej wsparciem, staje się ciężarem, bo nie zapewnia jej bezpieczeństwa, którego ona potrzebuje. Słowami „pomodlę się za Ciebie” nie załatwi się wszystkiego. W takich sytuacjach poczucie bliskości jest tym, które pozwala przetrwać, bo miłość zaczyna nadawać sens tam, gdzie go zwyczajnie nie można odnaleźć.

Tu kryje się odpowiedź na pytanie – dlaczego kobiety wolą wybrać zdecydowanych mężczyzn, niż chłopców o dobrym serduszku? To proste. To ten pierwszy facet sprawi, że ona poczuje się zdecydowanie bardziej atrakcyjna w swoich oczach. Że pociąga kogoś fizycznie. Dzięki temu dostrzeże swoje piękno.

To rozwiązanie buduje poczucie, że ktoś zadba o Twoje potrzeby, nie tylko duchowe czy intelektualne. Lepiej zaryzykować taką znajomość, niż żyć całe życie w poczuciu bycia niedowartościowaną lub odrzuconą, bo facet nie potrafi poradzić sobie sam ze sobą. Kobieta, która czuje się atrakcyjna, jest zdecydowanie bardziej zadowolona z życia i przyciąga większą uwagę otoczenia, bo… lubimy przebywać w gronie ludzi szczęśliwych.

Przeprowadziłem kiedyś eksperyment – kobiety, nawet te mało atrakcyjne fizycznie, które zauroczą się lub czują, że znalazły właściwego faceta, podświadomie zaczynają się lepiej ubierać, bardziej kobieco. Chcą go przyciągnąć i wiedzą, że to nie dusza odgrywa pierwszorzędną rolę, ale stopień atrakcyjności w oczach danej osoby. Zresztą, faceci mają to samo. Dobre pierwsze wrażenie zwiększa ryzyko zauroczenia się w Tobie o jakieś siedemdziesiąt pięć procent. Atrakcyjność zewnętrzna wysyła prosty komunikat: warto mnie poznać, ponieważ staram się być w pełni wartościowym człowiekiem, nie tylko w duszy. I najważniejsze – będę się starać być piękna dla Ciebie.

  1. Wolno czy nie wolno?

Takie pytania i problemy tworzą ludzie, którzy poszukują potwierdzenia swoich przekonań. Rozmawiałem wczoraj z Aleksem na ten temat i powiedział mi kilka mądrych zdań. – Kiedy ktoś pyta, czy „coś” jeszcze wolno, czy to już grzech, najczęściej poszukuje usprawiedliwienia. Sięga po konferencje, słowa jakiegoś autorytetu z nadzieją, ze ten rozgrzeszy go bardziej, aniżeli on sam. Jeśli jednak zrobi to mniej, niż ktoś oczekiwał, racjonalizuje powody, dlaczego on nie podpada pod ten przypadek, o którym właśnie słyszał. Zamiast skupić się na poznaniu drugiej osoby, czego wynikiem jest chęć uszczęśliwienia jej, zaczyna szukać przyjemności. Nie chodzi więc o to, aby naprawdę zbliżyć się do kogoś, ale uciszyć sumienie i nie musieć iść do spowiedzi. – stwierdził.

Chodzi więc o intencje, które masz w danej sytuacji. Jeśli nie pragniesz wyłącznie własnej przyjemności, kosztem drugiej osoby, to nie masz się czym przejmować. Kiedy relacja stwarza możliwości do okazania sobie miłości, także w wymiarze fizycznym, to niedojrzałością jest uciekanie od tego. Osoba, z którą jesteś, ma pełne prawo do tego, żeby być kochaną i otrzymywać to uczucie na każdym z trzech poziomów.

Po chwili dodał: Szczęście rozwija się wewnątrz nas, nie na zewnątrz. Można uprawiać seks, nie czując nic lub „miłość” (niedojrzałą) do konkretnej osoby. Jednak rano obudzimy się z tym samym poczuciem pustki, które mieliśmy wczoraj. Nie pragnęliśmy szczęścia, a przyjemności. – nie chodzi więc o to „co”, ale „dlaczego” to robię.

Jeśli ktoś nie jest pewny, niech zada sobie te pytania: jak mogę sprawić, aby nasza relacja stała się bliższa, dojrzalsza? Jak mogę jego/ją uszczęśliwić? Wystarczy pamiętać, że nie zawsze musi się to odnosić do sfery intymnej.

  1. Przyjemność to skupianie się na sobie

Czy w związku może być „za przyjemnie”? Nie może.
Czy jeśli odczuwam „tak” dużą przyjemność, to już grzech? Niekoniecznie.
Czy jeśli mój mąż, chłopak pragnie mojego szczęścia, powinnam mu na to pozwolić w ramach ustalonych granic?
Jeśli chcesz.
Czy grzechem jest, jeśli skupiam się na własnej przyjemności?
Wątpię.

Przyjemność sama w sobie nie przynosi pożytku – to prawda. Jednak w odniesieniu do relacji jest czymś, co pozwala na budowanie jej oraz na to, że jeden może obdarowywać drugiego i odwrotnie, dzięki czemu miłość się umacnia. Przyjemność nie jest niczym złym, a stwierdzę nawet więcej – jest dobra, potrzebna i wnosi wartość do relacji, której nie da się zastąpić. Dzięki niej rodzi się przywiązanie, bo pragniemy być tak traktowani już zawsze, przez tę konkretną osobę.

W wielu osobach pokutuje pewne przekonanie, że wierzący powinien ciągle pościć – szczególnie sferze seksualnej. Jeśli komuś byłoby za przyjemnie, to powinien natychmiast przestać. Jeśli zaczyna choć przez chwilę myśleć bardziej o sobie, niż o kimś innym, też powinien to zakończyć. Jeśli ma jakiekolwiek potrzeby, to powinien je wyprzeć dla „dobra” związku.  Jeśli…

Miłość (i przyjemność) nie ma limitu wtedy, kiedy angażuje wszystkie sfery – fizyczną, psychiczną i duchową. Nie ma więc takiego zjawiska w przyrodzie jak „ jest mi za przyjemnie”, itd. Ludziom wierzącym wyjaśnię to na prostym przykładzie – doświadczenie Boga przerasta wyobrażenia oraz jest głębokie, intymne i piękne. Tak samo jest wtedy, kiedy ktoś doświadcza miłości ze strony drugiego człowieka, ale odczuwa to w zupełnie inny sposób. Nie gorzej, a inaczej. To nic złego.

Jedyne co się różni w przeżywaniu przyjemności to rodzaj i intensywność. Inaczej zachowuje się para po miesiącu, a inaczej małżeństwo – granice powinny być naturalne, wynikać z dojrzałości relacji (i dwóch osób), a nie z jakiegokolwiek nakazu. To jednak ciągłe dążenie do ideału, bo dojrzewamy tak naprawdę do końca życia.

Podsumowanie

Nie żyjemy w podwójnym świecie, więc rozdźwięk pomiędzy ciałem, a duszą nie jest aż tak ogromny, jak go malują. Wręcz przeciwnie – ten, kto zaspokoi ciało, zaspokoi też duszę (i odwrotnie). Ciało i dusza są jednością.

Nie ma też dwóch takich samych par. Nie ma jednej recepty. Każdy ma inny temperament, inne potrzeby. Nie można więc generalizować czy potępiać tego, co dla jednych jest dobre, a dla innych jest już przesadą (bo wynika z innego temperamentu). Nie ma więc potrzeby ustalać dokładnych zasad tam, gdzie nie jest to możliwe. To nie prawo budowlane, nie wymierzysz tego co do centymetra. Warto pamiętać tę jedną regułę:

Miłość nie ma limitu, kiedy angażuje wszystkie sfery.